Nowy numer 42/2020 Archiwum

Owocny kryzys polskich sadowników

Mimo ubiegłorocznych obaw związanych z wprowadzonym embargiem na polskie produkty rolne przez Federację Rosyjską, przechowalnie sadowników już są niemal puste. Rolnicy zaliczają mijający sezon do udanych.

- Sezon się jeszcze nie skończył i mimo, że początkowo zapowiadał się bardzo pesymistycznie, już dziś możemy powiedzieć, że dzięki pomocy Komisji Europejskiej i wprowadzonym rekompensatom za wycofanie produktów z handlu, a przeznaczeniem ich na cele charytatywne oraz na pasze dla zwierząt, udało się zapobiec zapaści na rynku owocowym – wyjaśnia Krzysztof Kwasek, sadownik spod Sandomierza.

Po wprowadzeniu decyzji o pierwszej transzy, wielu rolników podchodziło do tej propozycji bardzo ostrożnie, a nawet pesymistycznie. – Wynikało to z braku informacji. Wielu producentów nie wiedziało, na czym to będzie polegać, jak będzie realizowany cały program. Inni obawiali się, że za wycofane owoce dostaną bardzo niską cenę i nie ryzykowali. Liczyli, że rynek sprzedaży z czasem ruszy – dodaje sadownik.

Obawy rolników, jak się okazało, były nieuzasadnione. Sadownicy otrzymali rekompensatę w wysokości 1, 65 zł. za każdy wycofany kilogram jabłka. Dla porównania, wtedy cena na skupach oscylowała w granicach zaledwie 0, 50 – 0, 70 zł. za kilogram. – Taki obrót spraw zachęcił rolników to składania wniosków podczas ogłoszonej drugiej transzy wycofania produktów rolnych z rynku handlowego. Taka sytuacja sprawiła, że na skupach zaczęło brakować owoców, bo sadownicy nie chcieli sprzedawać jabłek po proponowanej śmiesznie niskiej cenie. Jak się okazało z czasem i skupy podniosły ceny i rynek zbytu także dość dynamicznie ruszył. Najpierw straszono nas, że nie będzie zbytu, że jabłka nie pójdą nawet za niskie ceny. Jak się okazało i cena wzrosła i nabywców do dziś nie brakuje. Jabłko dalej idzie na wschód czy południe Europy i to za dobrą cenę – wyjaśnia pan Krzysztof.

W drugiej transzy konieczne okazało się wprowadzenie ograniczeń na ilości wycofywanych jabłek i przekazywanie ich do Banków Żywności. – Każdy sadownik mógł przekazać około 30% produkcji. Przy średnim wyliczeniu plonu 30 ton jabłek z hektara, producent mógł przekazać 10 ton jabłek z każdego hektara sadu, na którym prowadzona była uprawa – dodaje K. Kwasek.

Jednak pozostaje pytanie, dlaczego wielu sadowników nie skorzystało z tej formy pozbycia się owoców i nie przystąpiło do programu unijnej pomocy?

- Na taką formę obrotu owocem mogli sobie pozwolić tylko mocni producenci lub sadownicy posiadający inne rodzinne źródła utrzymania. W tym programie rolnik za oddane jabłka pieniądze otrzymuje dopiero za jakiś czas. Wypłaty za towar przekazany w drugiej transzy przewidywane są dopiero za kilka miesięcy. Jeśli jakiś sadownik nie jest w stanie kredytować się przez pół roku nie odda towaru, gdyż chce go sprzedać za gotówkę, którą otrzyma od razu do ręki. Okres wiosenny to dla nas czas największych wydatków a dochodzi jeszcze utrzymanie rodzin. Wielu, więc rolników wybrało sprzedaż rynkową. Jednak trzeba dodać, że wprowadzone programy utorowały dobrą cenę rynkową dla jabłka i producenci otrzymali godziwe wynagrodzenie za swoją pracę. Obecnie cena dobrego jakościowo jabłka przechowywanego w kontrolowanej atmosferze wynosi na rynku w okolicach 1, 80 zł z kilogram. Jest to naprawdę dobra cena – podkreśla sadownik.

Wielu sadowników z optymizmem patrzy więc na nowy sezon a ten mijający mimo, złych prognoz handlowych okazał się czasem nawet niezłego jabłkobrania.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama