Nowy numer 41/2019 Archiwum

Polacy 
na Wyspach

W Kościele każdy człowiek jest u siebie, ale też każdy ma prawo wyrażać wiarę w swoim języku, kulturze i formach pobożności. 
O Polakach i Kościele w Wielkiej Brytanii 
z ks. prał. Stefanem Wylężkiem, 
rektorem Polskiej Misji Katolickiej w Anglii i Walii 
rozmawia
 ks. Tomasz Jaklewicz.

Czy można powiedzieć, że Polska Misja Katolicka jest taką polską diecezją w Anglii i Walii?


W każdym kraju duszpasterstwo Polaków jest zorganizowane nieco inaczej. Tutejsza Misja Katolicka ma największą niezależność od lokalnego Kościoła. Historia Misji sięga roku 1894, kiedy przyjechała do Londynu bł. Franciszka Siedliska i założyła pierwszą polską szkółkę. Pierwszy kościół dla Polaków został zakupiony przy Devonia Road w londyńskiej dzielnicy Islington. Kardynał Hlond poświęcił go w 1930 r. Kościół na Devonii, jak się popularnie mówi, był podczas wojny jedynym wolnym kościołem polskim w Europie. Druga wojna sprawiła, że Polacy masowo pojawili się w Wielkiej Brytanii (ok. 250 tysięcy). Kard. Griffin, arcybiskup Westminsteru, w 1947 r. pojechał do Warszawy i z kard. Hlondem ustalił zasady duszpasterstwa Polaków w Anglii. W 1948 roku prymas ustanowił Polską Misję Katolicką Polski i Walii, a kard. Griffin mianował jej rektora wikariuszem delegatem Episkopatu Anglii i Walii ds. duszpasterstwa Polaków, dając mu kanoniczne uprawnienia. Wtedy zaczęły tworzyć się polskie parafie we wszystkich diecezjach Anglii i Walii. Nie były one tylko centrami życia religijnego, ale razem z polskimi organizacjami świeckimi stanowiły kościec polskiego życia społecznego, kulturalnego i narodowego. Dzisiaj Msze św. po polsku na terenie Anglii i Walii odprawiamy w 208 miejscach. Księży jest 115, a 9 nowych przyjedzie we wrześniu. Odpowiedzialnym za duszpasterstwo jest zawsze biskup diecezjalny. Kompetencje rektora misji są precyzyjnie określone. Ja mianuję duszpasterzy, ale wysyłam pismo do biskupa danej diecezji i to on daje im jurysdykcję.


Dlaczego Szkocja nie należy do Misji?


Ponieważ Szkocja ma osobną konferencję episkopatu. I tam również, w Edynburgu, kard. Hlond ustanowił Polską Misję Katolicką. 


Czy tak spora niezależność Polskiej Misji nie powoduje, że Polacy żyją jakby w izolacji od miejscowego Kościoła katolickiego? 


Każdy Polak ma prawo chodzić do angielskiej parafii. Ale pamiętajmy, że ta nowa emigracja to pierwsze pokolenie. Integracja dokonuje się stopniowo. Człowiek wchodzi w życie tutejszego społeczeństwa, ale pamięta, kim jest. Drugie pokolenie jest często bardziej zintegrowane, a z kolei trzecie znowu szuka swoich korzeni.


No tak, ale przecież to emigracja powojenna stworzyła model takiego „osobnego” Kościoła polskiego. 


Polacy, którzy tu się znaleźli i nie bardzo mieli dokąd wracać, bo w kraju czekały ich prześladowania, przenieśli więc tutaj cząstkę ojczyzny. Tu działali rząd, prezydent, armia, wydziały uniwersyteckie. To było całe emigracyjne państwo ze swoją organizacją, strukturą, instytucjami. Dlatego Polacy chcieli mieć także Kościół, który jest bardziej częścią Kościoła w Polsce niż Kościoła w Anglii. Polacy mieszkający tutaj nie lubią mówić o sobie, że są Polonią. Mówią: „Jesteśmy Polakami żyjącymi w Anglii”. Nawet jeśli ktoś zna dobrze angielski, to zawsze będzie modlił się po polsku i najważniejsze rzeczy będzie potrafił wyrazić najlepiej w języku ojczystym. Księża Anglicy mówią mi: „Przyjdźcie do nas”. Tłumaczę im, że Polacy czują się u nich obco. W Kościele każdy człowiek jest u siebie, ale też każdy ma prawo wyrażać wiarę w swoim języku, kulturze i formach pobożności. 


Ale być może tutejszy Kościół katolicki oczekuje od Polaków wzmocnienia swojej siły czy tożsamości. 


Ks. Franciszek Blachnicki powtarzał, że parafia jest wspólnotą wspólnot, także różnych wspólnot językowych. W Londynie mówi się około 100 językami, a Anglików jest zaledwie 42 procent. Raz na dwa miesiące mamy spotkanie duszpasterzy wspólnot etnicznych. Jest nas około 50 księży, którzy troszczą się o wspólnotę swojego języka i swojej kultury. To jest bogactwo Kościoła, które pociąga jednak za sobą pewne trudności. Rozumiem żal księdza angielskiego, który ma na Mszy 80 ludzi, a po nim jest Msza dla polskiej wspólnoty i jest 300–400 osób. 


Czy Polacy odprawiają także w kościołach parafii angielskich? 


Oczywiście, i wtedy uczestniczymy w ich utrzymaniu materialnym. Korzystamy czasem także z kościoła anglikańskiego czy baptystów. Nie mam żadnych problemów w kontaktach z biskupami, czasem tylko są jakieś napięcia na płaszczyźnie parafialnej. 


« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..
TAGI:

Zobacz także

  • wojtek303
    04.07.2014 11:45
    wojtek303
    Oczywiście, że łatwiej jest się modlić w swoim języku i tworzyć wspólnotę z ludźmi z tego samego kraju, kultury.
    Ale chrześcijaństwo ma też swoje zadania, uważam, że misja katolicka powinna zacząć bardziej zachęcać do integracji z miejscowym Kościołem. Papież wzywa nas do nowej ewangelizacji i Polacy na emigracji muszą zacząć używać daru języków i dzielić się swoją wiarą nie tylko z Polakami, ale ze wszystkimi.

    To nie jest łatwe zadanie, ale po to dał nam Pan Bóg ten dar mieszknia w innych krajach by dzielić się wiarą ze wszystkimi którzy tam mieszkają, a nie tworzyć swoje grupy i cieszyć się, że na msze po polsku przychodzi więcej ludzi.
    doceń 1
  • M.R.
    05.07.2014 10:41
    Z prostej statystyki wynika, że na jednego księdza przypada 8700 potencjalnych parafian zgrupowanych na ogół w parafiach personalnych. (Terytorialne istnieją, ale to ciągle wyjątki od reguły, co o tyle dziwne, że wszystkie inne nacje w tutejszym Kościele katolickim rozwiązują sprawę raczej odmiennie, sądząc po narodowościach lokalnych duszpasterzy i proboszczów.) To jak to jest, że ja na Mszy nie widziałem nigdy więcej niż 100 osób, podczas, gdy w moim mieście, ostrożnie licząc mieszka tyle właśnie przybyszów z kraju? Przybyszów, którzy nie integrują się z miejscowym środowiskiem, tylko najczęściej żyją w językowych i kulturowych gettach? Kościół wg mnie świadomie, systematycznie i planowo pomija problem emigracji sezonowej (pracownicy na farmach, zwykle ludzie poniżej 35 roku życia, najczęściej w przedziale 17 - 25 lat). Ci 2 - 6 miesięczni, czasem wieloletni pracownicy kontraktowi na farmach są pozbawieni jakiejkolwiek pomocy duszpasterskiej. A problemy mają. To specyficzna forma życia, wziętego w nawias, czasem na lata. Z kraju przyjeżdża co roku, ostrożnie licząc 250 - 300 tys. młodych osób. Cokolwiek robili w kraju, na farmie zanika całkowicie ich życie religijne. Są to grupy liczące od ok. 100 do ponad 1000 osób na jednej farmie, która stanowi całkowicie zamknięte getto, skryte przed otoczeniem, w większości z kraju, a jeśli z innych demoludów, to na ogół też katolicy. Chciałbym by to było jasne - choć nie znam nikogo, kto pracując na farmie korzystałby z Mszy w niedzielę, to nie oznacza to, że na farmach nie żerują miejscowe sekty. Wręcz przeciwnie. Nie spotkałem też farmera, który utrudniałby pracownikom życie religijne na farmie, choć stara się nie afiszować swoimi pracownikami przed sąsiadami. Wręcz przeciwnie, traktują to zwykle jako wartość dodatnią i ułatwiają każdemu kto zechce prowadzenie działalności, nazwijmy to tak "duszpasterskiej" na farmach, udostępniając lokale. Ale, gdziekolwiek byłem, zainteresowanie ze strony księży lokalnych, lub duszpasterzy polskich było zerowe. Co do lokalnych, się nie wypowiadam, co do polskich - zwykle ksiądz w niedzielę objeżdża parafie, ok. 200 - 300 km, sprawując Eucharystię. W porze urlopowej, gdyby chciał zorganizować i objechać kolejne wspólnoty, jego jurysdykcji podlegałoby wtedy ponad 11 tys. potencjalnych parafian, choć podejrzewam, że na farmach, z racji ich specyfiki, frekwencja na Mszy byłaby dużo wyższa niż ten 1 %.
    Jeśli chodzi o szkółki polskie i Macierz Szkolną i inne w/w inicjatywy, to, to wszystko jest w zaniku (z bardzo nielicznymi wyjątkami) i wynika z ogólnego braku zainteresowania przybyszów z kraju nad Wisłą jakąkolwiek ponadindywidualną aktywnością. Przybysze z kraju ani się nie integrują, ani nie biorą udziału w jakimkolwiek życiu wspólnotowym. Nie znam np. NIKOGO, kto mieszkając tu nawet i 10 lat, uczestniczyłby w lokalnych wyborach, referendach, czy konsultacjach społecznych, które prowadzone są bardzo szeroko i dotyczą wielu aspektów codziennego życia jak: rozkład jazdy, trasy i ceny biletów autobusów, działalność szkół, policji i lokalnych samorządów, funkcjonowanie wielu instytucji - od toalet publicznych po pomoc prawną i językową. W corocznych paradach organizowanych i finansowanych przez lokalne samorządy Polacy nie uczestniczą, choć burmistrz długo i wylewnie dziękował ostatnio za wkład jaki wnoszą w miasto, w którym mieszkam "nasi kochani muzułmanie", a którym była tematycznie poświęcona ostatnia parada. Zaprezentowali się na niej wszyscy i weterani wszystkich wojen i lokalne kółka zainteresowań, orkiestry, skauci i wszystkie wspólnoty religijne, w tym jeden transwestyta i dwóch gejów (więcej tego typu osobników w mieście się nie ukształtowało, ale może dzięki temu też dostali owację). Przybyszów z polski w tym nie ma, podstawowy problem kogoś, kto przyjechał z kraju i jest (a takich młodych, bardzo młodych ludzi teraz właśnie spotykam najczęściej) 3 dni - tydzień brzmi: co robić, żeby się nie narobić, a jak najwięcej zarobić? Prowadzenie rozmowy na tym poziomie niczego istotnego nie wnosi, co gorsza, nawet ci, którzy utknęli tu na lata i nauczyli się już ciężko pracować, ograniczają się zwykle do spraw finansowych. Przybysze z kraju przynoszą ze sobą wszystkie krajowe problemy i patologie współżycia społecznego i pracy. Ktoś, kto się wychował w INNYM systemie i nie integruje się z tutejszym, nie jest w stanie pracować i funkcjonować tu normalnie. Stąd to życie w getcie, za najniższą płacę w bardzo ciężkiej i źle opłacanej pracy. Stąd też się bierze niechęć Anglików do przybyszów z kraju nadwiślańskiego. Środowisko polskie jest całkowicie zdezintegrowane i wykorzenione, stąd zupełnie inne wyzwania duszpasterskie stojące przed duszpasterzami, niż te, które czekają na nich w kraju. Wątpię, by ci, którzy przyjeżdżają byli na nie w jakikolwiek sposób przygotowani. Często jest tak, że Kościół angielski zgłaszając jakieś propozycje, czy oczekiwania, wobec braku jakiejkolwiek reakcji, w końcu sam podejmuje pewne decyzje i inicjatywy za Polaków. Tutejsza kultura nie pozwala ani na krytykę, ani na wtrącanie nosa w cudze sprawy, ale skoro inicjatywa jest w końcu przejmowana z zewnątrz, świadczy to o, nie wyrażanej być może werbalnie, ale jednak, pewnej ocenie sytuacji. Jak są w tutejszym społeczeństwie postrzegani przybysze z kraju? POWIEM TO DOBITNIE - CHODZI O NAJŚWIEŻSZĄ, A NIE POPRZEDNIE FALE EMIGRACYJNE. Być może jest to efekt systemu wychowawczo - szkolnego i stanu obecnej świadomości i kultury krajowej - jako tutejsi pariasi, sytuowani poniżej białego Murzyna. Taką murzyńskość wykształciła w swoich obywatelach obecna elyta krajowa przez ostatnie 25 lat. Jeśli jest jakaś praca, której nikt inny nie weźmie i w trakcie której nie będzie się buntował warunkami, w jakich przyszło mu pracować, to jest to przybysz z kraju nad Wisłą. (Choć oczywiście jego głównym marzeniem przez cały czas będzie, żeby nic nie robić i mieć kasę.)
    Co mogę powiedzieć ze swojego punktu widzenia o duszpasterstwie emigracyjnym? Dobrze, że jest.
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL