Nowy numer 30/2021 Archiwum

Dar

Od lekarzy usłyszeli, że taka sytuacja jak u nich zdarza się raz na 900 tys. narodzin. Ania i Piotr Zworscy przerobili ze swoją córką chyba wszystkie powikłania wymienione w podręczniku o wcześniakach. Opowiadają, jak jej choroba i cierpienie zmieniły ich małżeństwo.

Dojrzewanie

Ania: – Nie miałam problemów, żeby pogodzić się z tym, co się stało w naszym życiu. Ktoś z boku może powiedzieć, że mieliśmy strasznego pecha. Ja wierzę, że tak po prostu miało być. Jesteśmy naprawdę szczęśliwi, odnaleźliśmy się na nowo w małżeństwie, mamy bardzo dobre relacje z dziećmi, cieszymy się, że i one się dogadują. Zuzia jest dla nas prezentem, olbrzymim darem. Trudno mi było całkowicie zrezygnować z pracy. Tym bardziej że było to w momencie, gdy udało mi się coś osiągnąć. Z dnia na dzień moim całym światem stał się dom, szpital i apteka. Teraz już trochę okrzepliśmy w tej sytuacji. Niejedno przeszliśmy. Chłopcy stają się coraz bardziej samodzielni. Chciałabym trochę wyjść do świata. Łapię się na tym, że widzę jakąś ładną bluzkę, chciałabym ją kupić, ale od razu przychodzi myśl: „Gdzie ja w niej pójdę? Lepiej przecież kupić nowe legginsy i koszulkę, bardziej się przydadzą”. (śmiech) Czasami w tym pogodzeniu coś się przelewa i wtedy wypłakuję się Piotrowi. Najtrudniejsza jest świadomość, że nie możemy normalnie funkcjonować wszyscy razem, całą piątką. Wiem, że nie pójdziemy razem do kina. Zwykła rzecz. Dla kogoś codzienność, dla nas marzenie. Gdy czasami w weekend przyjeżdżają dziadkowie i zostają z Zuzią, a my idziemy z chłopakami do kina, to młodszy Tomek nie może uwierzyć. Skacze z radości, że idzie i z mamą, i z tatą. Bo zwykle weekend mamy podzielony. Sobota ja zostaję z Zuzią, Piotrek zabiera dokądś chłopaków. I w niedzielę zmiana.

Piotr: – Też się nie buntowałem. Pojawiały się natomiast pytania, dlaczego, po co nas to spotkało. Ale wtedy zawsze przychodziła odpowiedź, że musimy przejść przez ten trudny moment dla jakiegoś celu. Pan Bóg dopuszcza ból, nieszczęście z jakiegoś powodu. To wtedy zaczęliśmy się razem modlić i wspólnie zbliżać do Boga. Doszliśmy do ściany, zostaliśmy przyparci do muru. Zdaliśmy sobie sprawę, że niewiele tutaj zależy od nas, że troszkę więcej, ale też niewiele, zależy od lekarzy. Twarzą w twarz spotkaliśmy się z bezradnością. Zrozumieliśmy, że jeśli nie oddamy tego wszystkiego Bogu, to zwyczajnie nie damy rady, bo po ludzku ta sytuacja nas przerasta. Bardzo dojrzałem jako ojciec i mężczyzna. Zrozumiałem, że moim życiowym wyzwaniem jest być przy żonie i dzieciach. Stanowić dla nich oparcie. Po Zuzi przyszedł Tomek i wprowadził w nasze życie równowagę. Często rodziny, w których są dzieci niepełnosprawne, koncentrują się głównie na nich. Myśmy też bardzo mocno skoncentrowali się na Zuzi, zapominając o starszym Filipie. Narodziny Tomka uzdrowiły relacje.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama